Cookie Consent by Free Privacy Policy Generator
  • 02 Feb, 2023

Piłkarz Warszawy roku 2006: Dickson Choto

Piłkarz Warszawy roku 2006: Dickson Choto

- Chcę być w Legii mistrzem Polski jeszcze przynajmniej cztery razy - mówi obrońca z Zimbabwe, który w grudniu przedłużył kontrakt z warszawskim klubem do 30 czerwca 2010 roku

Rozmawiał z nami płynną polszczyzną, kilka dni przed wylotem do rodziny w Zimbabwe i kilkanaście godzin przed podpisaniem nowego kontraktu. Ciągle uśmiechnięty, z coraz dłuższymi dredami na głowie. Jak sam mówi, długie włosy chronią go przed zimnem. Już dawno mógł być najlepszy, ale nie był, bo ciągle walczył z kontuzjami. W tym roku wreszcie wygrał tę walkę. Jest drugim obcokrajowcem, któremu przyznaliśmy tytuł Piłkarza Roku w Warszawie. Trzy lata temu tytuł dostał Serb Stanko Svitlica.

Robert Błoński, Maciej Weber: Pamięta Pan swój pierwszy dzień w Legii?

Dickson Choto: To był rok 2003. Przywiózł mnie mój menedżer Wiesław Grabowski. Skończyłem grać w Pogoni Szczecin, tamten zespół się rozleciał. Nie było pieniędzy, nie było właściciela. Nikt mną się nie interesował. W Warszawie zagrałem w pożegnalnym meczu Leszka Pisza. Wypadłem przeciętnie i ówczesny trener Dragomir Okuka kazał mi się pakować. Jego następca Dariusz Kubicki dał mi szansę. No i zostałem.

Po trzech latach przyszło mistrzostwo Polski. Tytuł zdobyliście dzięki kapitalnej rundzie wiosennej. Z czego wzięło się 11 zwycięstw w 12 meczach?

Wszystko było doskonale poukładane. Potrafiliśmy strzelać gole w pierwszej minucie albo przesądzić o losach meczu w ostatniej. Byliśmy uniwersalnym zespołem, osiągnęliśmy wielką formę. Każdy pojedynczo i jako zespół. Nie było słabych punktów. Strzelaliśmy sporo, traciliśmy mało. Pokazywaliśmy charakter, walczyliśmy jeden za drugiego.

Po którym meczu uwierzyliście, że Legia będzie mistrzem?

Dopiero po wygranej w Zabrzu 1:0. Jak już dogoniliśmy i wyprzedziliśmy Wisłę to krakowianie przestali tracić punkty. Nie chcieliśmy wszystkiego zostawiać na ostatnią chwilę, bo po co kusić los? W ostatniej kolejce graliśmy z Wisłą, ale na szczęście tamto spotkanie znaczenia już nie miało.

Pana najlepszy mecz wiosną?

Z Zagłębiem Lubin w Warszawie. Moussa Ouattara dostał czerwoną kartkę, no i Dickson musiał biegać za dwóch.

Jak świętował Pan mistrzostwo?

Na Łazienkowskiej, razem z kibicami po powrocie z Zabrza. Nad ranem pojechałem do domu, akurat byli moi koledzy z Zimbabwe, mama i tata. Piliśmy... coca-colę i fantę. W mojej rodzinie w ogóle nie pije się alkoholu. Od dawna. Nawet szampana.

Co to dla Pana znaczyło - bycie mistrzem Polski?

Wielką dumę. Każdy nasz mecz ogląda po kilkanaście tysięcy ludzi. Dopingują wspaniale, zawsze oczekują zwycięstw. To nieprawdopodobne uczucie dać im upragnione mistrzostwo.

Co Pan zrobił z medalem?

Mam w domu w Zimbabwe specjalną gablotę w szafce na trofea. Medal wisi na honorowym miejscu. Brakuje jeszcze czterech.

Jak to?

Normalnie, bo chcę być z Legią mistrzem jeszcze przynajmniej cztery razy. Zdziwieni?

Trochę. Szafka musi być spora.

Nie po to przedłużałem kontrakt, żeby nie zdobywać kolejnych mistrzostw. Szafka jest duża, a jak mi zabraknie miejsca na medale, to nie ma problemu. Powiększę ją. Koszulka, w której zdobyłem tytuł, też już poleciała do Afryki. Legia jest popularna w moim kraju, jak tylko przychodzi powołanie do reprezentacji, od razu wszyscy wiedzą, z jakiego jestem klubu.

A Pan jest u siebie popularny?

Nie. Czasem tylko ludzie poznają mnie na ulicy. Ale rzadziej niż w Warszawie.

Długo chce Pan grać w Legii?

Tak długo, jak będą mnie potrzebować.

Gdy kończy się rok albo sezon pojawiają się głosy: "Dickson jest za dobry na Legię, powinien wyjechać". A co na to zainteresowany?

Słyszał o tym (śmiech). Odejdę, jak będzie odpowiedni czas. Gdyby to ode mnie zależało, to... nie odchodziłbym w tej chwili. Wiem, że w mojej grze jest sporo do poprawienia. Mam jeszcze coś do zrobienia w Legii. Chcę wreszcie osiągnąć jakieś sukcesy w europejskich pucharach. Dziękuję jednak za wszystkie miłe opinie i to, że ktoś uważa, iż jestem za dobry na Legię.

Jak przyjął Pan odejście Moussy Ouattary? Dwie Wieże z Łazienkowskiej przestały istnieć po pół roku.

Zawodnik, który dobrze gra, zmienia często ligę polską na lepszą. Tak było z Moussą. I nikt nie mógł nic poradzić. Taki jest futbol, jedni przychodzą, inni wyjeżdżają.

Ale styl pożegnania nie był dobry. Moussa po prostu wyjechał.

Nie mogę tego komentować.

A Pan zamieniłby mistrza Polski na drugoligowe niemieckie Kaiserslautern?

Nie. Ale to kwestia indywidualna. Jeden marzy o Lidze Mistrzów i spełnieniu sportowym, inny przede wszystkim liczy pieniądze.

Dlaczego tak łatwo Legia odpadła z Ligi Mistrzów? Szachtar był nie do przejścia?

Nie był. Ale, jak widać, musimy sporo się uczyć. Mieli dobrych zawodników i szczęście, że trafili na nasz słabszy okres. Sam jestem ciekawy, jak by to się skończyło, gdybyśmy byli w formie z wiosny.

Ten rok był dla mnie dobry. Zdobyłem mistrzostwo Polski, omijały mnie kontuzje. Ale mam nadzieję, że 2007 będzie lepszy - mówi obrońca Legii z Zimbabwe

Pomysłem na podbój Europy przez Legię było oparcie zespołu na zawodnikach zagranicznych. Wyszło tak samo, jeśli nie gorzej, jak z Polakami.

Nie chodzi o to, kto skąd jest. Tylko jak gra. A my na początku sezonu, wszyscy co do jednego, graliśmy słabo. I nie chodzi o to, że byliśmy nieprzygotowani. Przegraliśmy wszystko, co było do przegrania. Ale nie wiem, dlaczego w jednym miesiącu porażek było więcej niż w całym ubiegłym sezonie. Staraliśmy się, ale nie mogliśmy.

Bardzo był Pan rozczarowany?

Bolały mnie te porażki. Liga Mistrzów to moje marzenie. Niespełnione, jak dotąd.

Po meczach z Szachtarem do Legii trafił Pana rodak Herbert Dick.

Znałem go z kadry Zimbabwe, to zupełnie inny piłkarz niż Moussa Ouattara. Kiedy tu przyjeżdżał, nikt mnie nie pytał o zdanie. O tym, że przyjeżdża dowiedziałem się dwa dni przed jego przylotem.

Rotacja w środku obrony była ogromna. O Hugo opinia jest jedna: zły transfer.

Ja nie mogę się wypowiadać o innych piłkarzach, bo sam jestem piłkarzem.

Czemu runda jesienna była taka słaba? Podczas przygotowań Legia grała i wygrywała we Francji sparingi z mocnymi drużynami.

Sam nie wiem. Może te wygrane nas uśpiły? Za bardzo chyba uwierzyliśmy w swoją wielkość, w to że nikt nas nie pokona. Wisła Płock nie była dla nas żadnym ostrzeżeniem, choć graliśmy słabo i przegraliśmy na swoim stadionie mecz o Superpuchar. Czułem i czuję się dobrze przygotowany fizycznie.

Austria, wasz rywal w Pucharze UEFA przegrał później w grupie wszystkie mecze.

Odpadnięcie z Austriakami też bolało. A sposób, w jaki się pożegnaliśmy wstydliwy. Aż nie chce mi się wierzyć, że mogliśmy zagrać tak słabo.

W poprzednich latach miał Pan sporo kontuzji. Teraz jest zdrów jak ryba. Z czego wynikały tamte urazy?

To sprawa szczęścia. Teraz, dzięki Bogu, urazy mnie omijały. Wcześniej, co uraz to operacja i trzy miesiące przerwy. Za dużo czasu straciłem u lekarzy, teraz więc nadrabiam.

Co Pan robi w wolnych chwilach?

Spędzam je z żoną i półtorarocznym synem Shaunem. Spotkać mnie można tylko na zakupach. Nie wychodzę za dużo, bo jest zimno. Latem byłem sam, żona wyjechała do Londynu, do siostry. Znowu więc siedziałem w domu.

Jak jest z rasizmem na polskich stadionach? Problem duży czy wyolbrzymiony? Na boisku piłkarze często się wyzywają, prowokują.

I ja to rozumiem. Piłka nie jest dla mięczaków. Sam święty nie jestem, też potrafię coś powiedzieć. Ale nie rozumiem jednego: grasz w piłkę, to graj, ale nie czepiaj się koloru skóry. Można mówić coś innego, prowokować innymi słowami. Też mocnymi.

Kiedy przyjeżdżał Pan do Polski problem był większy czy mniejszy?

Wtedy nie znałem języka, teraz - jak sami widzicie - radzę sobie dobrze. Rozumiem wszystko. W Legii jest inaczej niż gdzie indziej. Z nami chce wygrać każdy i za wszelką cenę. Prowokacja jest większa, metody bezwzględne. Ale rasizm nie zdarza się w każdym meczu. Są wyjątki. W Legii czuję się jak w domu, na wyjazdach - proszę bardzo - prowokujcie. Ale nie na tle mojego koloru skóry. Są piłkarze, którzy lubią dużo pogadać w tej kwestii. Kiedy czasem kogoś sfauluję albo dyskutuję z arbitrem, słyszę uwagi.

W poprzednim sezonie miał Pan sprawę z Piechną.

Kamery pokazały, jak mnie wyzywa. Ja nic nie powiedziałem. Boli mnie rasizm, ale co mam zrobić?

A Pana zachowanie w Łodzi po meczu z Widzewem było potrzebne? Prowokował Pan kibiców demonstracyjnie pokazując kolor skóry.

Faktycznie, głupio się zachowałem. To było niepotrzebne, a gest zbędny. Emocje wzięły górę. Ale jak mogłem wytrzymać, skoro przez całe spotkanie mnie wyzywano. I z trybun i boiska. I jeszcze w szatni było buczenie, takie jak naśladowanie małpy. A potem czytałem w gazecie opisy. I odechciewa się wszystkiego. Już wolałbym przeczytać, że słabo grałem, zawaliłem gola niż, że znowu doszło do incydentów i ktoś nazwał Dicksona "bambus".

W Lubinie musiał Pan pluć? Łącznie z sankcją za cztery żółte kartki PZPN nałożył trzymeczową dyskwalifikację i wiosną zabraknie Pana m.in. w wyjazdowym meczu z liderem, Bełchatowem.

Splunąłem w kierunku zawodnika, ale ślina nie doleciała do niego. Nie chciałem go opluć.

Jaka jest teraz polska liga?

Wyrównana. Każdy może wygrać z każdym.

Legia przegrała z czołówką ligi: Koroną, Zagłębiem i Bełchatowem. Zremisowała z Wisłą, a zawsze było odwrotnie. Traciła punkty ze słabymi zespołami.

Mam nadzieję, że wiosną wszystkim się zrewanżujemy. Co do porażek, to nieważne z kim gramy, wszyscy walczą o każdą piłkę. W meczu z innym rywalem niejeden odstawiłby nogę. Ale nie przeciwko Legii. Wszyscy zdają sobie sprawę, że my możemy pokonać każdego.

Jak był konflikt w zespole i Brazylijczycy stroili fochy, co nie podobało się Polakom, to czyją stronę Pan trzymał? Czuł się Pan jak Polak czy obcokrajowiec?

Żadnych konfliktów nie było. Największym problemem jest bariera językowa. Nie można było normalnie porozmawiać. To normalne, że ci mówiący po portugalsku trzymają się razem, tak samo jak Polacy.

Rozumie Pan zachowanie Eltona? Dwa razy jechał samochodem pijany.

Nie rozumiem. Jesteśmy w Polsce obcokrajowcami. Przyjechaliśmy tu w tym samym celu: zarabiać wykonując to, co potrafimy najlepiej, czyli grać w piłkę. Ktoś nam daje możliwość i płaci, więc powinno to się szanować. Elton nie wykorzystał drugiej szansy. Ale nie mam mentalności Brazylijczyka.

To był generalnie dobry rok dla Pana?

Nie narzekam. Zdobyłem mistrzostwo, omijały mnie kontuzje. Ale mam nadzieję, że 2007 będzie lepszy.

Dlaczego nie ma Pan pewnego miejsca w jedenastce reprezentacji Zimbabwe?

Nie wiem. O to samo naszego trenera zapytano na konferencji po meczu z Malawi, który przesiedziałem na ławce rezerwowych. Trener powiedział, że ma inną koncepcję. Trener nigdy nie był w Polsce, nie oglądał mnie. Szkoda, bo wiem, że niedawno był na kursie w Niemczech. Mógł przyjechać i mnie obejrzeć. Zobaczę, co będzie dalej. W marcu czeka mnie kolejny mecz, z Marokiem.

Lubi Pan jeździć na mecze kadry?

Nie za bardzo. Boję się latać samolotami. Ale jestem dumny z gry w kadrze.

Jak spędzi Pan urlop?

Pojadę do kolegi na wesele, potem z żoną i synem polecimy na tydzień do RPA. Do Warszawy wrócę 7 stycznia, bo dzień później mamy badania. Boże Narodzenie spędzę z rodziną w Zimbabwe. Będzie podobnie jak w Polsce, tyle że bez mrozu i śniegu.

Skąd pomysł na dredy?

Żona tak chciała, a jej się słucham we wszystkim. Ona mi je zaplotła po powrocie z Anglii. Janek Mucha powiedział, że wyglądam bardzo dobrze, koledzy trochę się śmiali, ale są tolerancyjni.

Ile czasu uczył się Pan polskiego?

Cały czas się uczę. W Legii jest wiele osób, które świetnie radzą sobie z angielskim, ale jak przychodzi rozmawiać ze mną, używają polskiego. Ja wszystko rozumiem, z poprawnym mówieniem czasem mam kłopoty.

A w sprawie podwyżki i przedłużenia kontraktu z prezesem Zygo?

Negocjacje były po angielsku. To zbyt ważne rzeczy, by omawiać je po polsku. W Legii czuję się bardzo dobrze. Gram, zdrowy jestem i wiosna będzie lepsza niż jesień. Nie popełnimy błędów i zaczniemy wygrywać mecz za meczem.

Czuje się Pan jednym z filarów zespołu?

Jednym z jedenastu filarów. Chcę grać jak najlepiej. Broni nie tylko Dickson, ale cały zespół. Z napastnikami włącznie.

Tak jak i gole strzelają wszyscy. Wreszcie i Pan trafia do siatki.

Treningów strzeleckich nie mam, wcześniej jednak rzadko chodziłem pod bramkę przeciwnika. Dwa razy, w walce o górne piłki, dostałem łokciem w twarz. Złamany noc skutecznie odstraszał mnie przed próbami zdobywania goli i skakania do główek. Teraz już nie mam z tym problemów, nos nie boli.

Jeszcze jedną zagadkę chcielibyśmy rozwikłać. O wielkości Pana stóp krążą legendy. Jaki ma Pan rozmiar buta?

To zależy. Buty do garnituru mają rozmiar 48, piłkarskie - 47, a zwykłe, do biegania 46.

Dickson Choto

Ur. 19 marca 1981 r. w Wedzy (Zimbabwe)

Wzrost/waga: 191 cm/94 kg

Pozycja na boisku: środkowy obrońca

Kariera klubowa: Darryn Textiles Africa United (Zimbabwe, 2000), Górnik Zabrze (2001), Pogoń Szczecin (2002), Legia Warszawa (2003 - kontrakt do 30.06.2010)

W polskiej ekstraklasie: 85 meczów/3 gole (debiut 10.03.01 w meczu Górnik - Śląsk Wrocław 2:0 - Górnik 9/0, Pogoń 10/0, Legia 66/3)

W Legii: 86 meczów/4 gole (debiut 20.08.03, w Pucharze Polski z Tłokami Gorzyce 3:1 - Liga 63/3, Puchar Polski 14/1, Puchar Ligi 2/0, Puchar Mistrzów 4/0, Puchar UEFA 2/0)

Reprezentacja: 3 mecze, z Zimbabwe udział w finałach Pucharu Narodów Afryki 2004

PIŁKARZ ROKU

1998: Jacek Zieliński (Legia)

1999: Jacek Zieliński (Legia)

2000: Tomasz Kiełbowicz (Polonia)

2001: Bartosz Karwan (Legia)

2002: Cezary Kucharski (Legia)

2003: Stanko Svitlica (Legia)

2004: Artur Boruc (Legia)

2005: Tomasz Kiełbowicz/Łukasz Fabiański (obaj Legia)

2006: Dickson Choto (Legia)